Z maluchem w szpitalu…

with 1 komentarz
Możesz nie lubić
lekarzy, pielęgniarek, szpitali, igieł, antybiotyków, syropków i
innych wynalazków systemu opieki medycznej. Możesz, masz do tego
pełne prawo. Jednak, gdy zostajesz rodzicem, jakimś cudem te
wszystkie nielubiane sprawy zaczynają się niebezpiecznie
przybliżać. Do Twojego dziecka, a więc również do Ciebie.
Możesz oczywiście być
bardzo zapobiegliwą matką lub tatusiem, chuchać i dmuchać na
swoje dziecko, możesz je pilnować na każdym kroku i oczyma
wyobraźni walczyć z coraz to nowymi niebezpieczeństwami, które
mogą się mu przytrafić w każdej chwili. Możesz też ograniczyć
do minimum kontakty swojego potomka z innymi dziećmi albo w ogóle z
innymi ludźmi, żeby zmniejszyć ryzyko, że malec się od kogoś
zarazi.
Możesz, jeśli Ci się
uda, karmić swoje dziecko piersią i liczyć, że ochroni je to
przed całym złem tego świata. I choć sama jestem orędowniczką
długiego karmienia piersią, moich dzieci to jednak nie uchroniło…
Możesz też mieć dużo
szczęścia i trafić na super odporne i silne dziecko, które nigdy
nie choruje, a ponieważ ma niesamowitą moc chroniącą go przed
wszelkimi losowymi wypadkami tzn. upadkami, rozcięciami,
ukąszeniami, zabawkami i zębami innych dzieci, to praktycznie wasze
wizyty w przychodni ograniczą się wówczas do terminów
obowiązkowych szczepień i bilansów (no chyba, że nie szczepisz
swojego dziecka, ale to jest inny temat do rozgryzienia).
Zwykle jednak, wcześniej
czy później, każda matka spotka się z problemem mniejszej lub
większej choroby dziecka. Czasem dziecko wymaga dodatkowo opieki
jakiegoś specjalisty, albo nawet kilku. Wiadomo, z terminami w
ramach państwowej opieki zdrowotnej różnie bywa. Warto
zainteresować się w takim przypadku prywatnym pakietem medycznym,
takich usług jest na rynku mnóstwo. Swoje pakiety oferuje np.
EnelmedMedicoverLuxmed, są też programy, które łączą opiekę
w wielu placówkach medycznych w całej Polsce np. TuZdrowie czy Medica Polska.
Czasem bywa też tak, że
dziecko potrzebuje opieki szpitalnej. Elwira, moja pierwsza córka,
tylko w ciągu swojego pierwszego roku życia, zaliczyła cztery
różne, warszawskie szpitale (Madalińskiego, Niekłańska,
Litewska, Bielański) i kilka różnych antybiotyków. Z Olą zaliczyłam trzy krótkie pobyty na izbie przyjęć (szpital w Wołominie, Bielański, szpital na Kopernika). Poniżej przedstawiam Wam moje subiektywne „wrażenia” z tych wszystkich pobytów.

Zaliczyliśmy tu nasz
pierwszy, poważny, dziesięciodniowy pobyt w szpitalu.Córka miała
niecałe dwa miesiące. Rozpoznanie: podejrzenie ZUM.
Plusy: jednoosobowe
sale, czystość na oddziale, piękne, nowe wyposażenie dla
niemowlaków, wygodna leżanka do spania dla rodzica, łazienka na
około dwa pokoje.
Minusy: Ogólna
dezinfomacja, jako niedoświadczona mama pierwszy raz z dzieckiem w
szpitalu oczekiwałam, że zostanę poinformowana co się dzieje z
moim dzieckiem i dlaczego, a przy moich próbach uzyskania informacji
byłam zbywana lub lekceważona. Drugi minus za pobieranie przez
panie pielęgniarki materiału do badań (mocz) u dziecka z woreczka,
może to wpłynąć na uzyskanie fałszywego dodatnie wyniku i w
związku z tym prowadzić do niepotrzebnej antybiotykoterapii.
Trafiliśmy tu, gdy
Elwirka miała cztery miesiące, na kontrolne badania w związku z
przebytym wcześniej ZUM. Badania zrobiliśmy i odesłano nas do
domu. Tego samego dnia dostałam jednak telefon ze szpitala, że
musimy wrócić, gdyż wyniki wskazują na ponowny ZUM. Dostaliśmy
kolejny antybiotyk i spędziliśmy dziesięć dni w szpitalu.
Plusy: ładny,
odnowiony oddział, pokoje dwuosobowe ze wspólną łazienką
przydzieloną na dwa pokoje, porządna informacja od personelu
medycznego, przyjazne podejście.
Minusy: panie
pielęgniarki pobierały materiał do badań (mocz) dziecka z
woreczka, niewygodny i trzeszczący leżak do spania dla rodzica, w
rezultacie miałam swoją karimatę i śpiwór i spałam na podłodze,
w szpitalu zaraziłam się rota-wirusem (moje dziecko nie, ale było
wcześniej zaszczepione)
Tutaj znowu trafiliśmy z
podejrzeniem ZUM, ze sprzecznymi wynikami moczu (badanie ogólne
prawidłowe, w posiewie wyszły bakterie). Ponieważ często
musieliśmy robić córce kontrolne badania moczu, niektóre z próbek
pobranych w domu okazywały się zanieczyszczone, mimo iż byliśmy
już do tej pory dobrze wyedukowani w sprawie prawidłowego
pobierania moczu u dziecka (żadnych woreczków, kąpiel i
dezynfekcja przed pobraniem, jałowe pojemniki, najlepiej mocz ze
środkowego strumienia). Wyobraźcie sobie jak wygląda pobieranie
moczu u kilkumiesięcznej dziewczynki. Zaczynałam od porannej
kąpieli, podczas której zazwyczaj dziecko siusiało, zanim udało
mi się je wykąpać i porządnie zdezynfekować. Następnie kilka
godzin trzymałam córkę bez pieluszki na rękach lub leżała na
przewijaku i czekałam na kolejne oddanie moczu. Oczywiście w tym
czasie nie mogłam kompletnie nic zrobić, gdyż bałam się, że
akurat zacznie siusiać i stracę szansę na prawidłowe pobranie
moczu. Mąż był już zwykle w pracy. Ja byłam sama w domu. Nie
mogłam np. nic zjeść ani pójść do toalety. Podczas pierwszych
prób nie udawało mi się niczego pobrać do pojemnika. Jak się
udało, to pędziłam z dzieckiem do laboratorium, bo zazwyczaj
próbki można było oddać tylko do godziny 12. To były bardzo
trudne dla mnie chwile.
Plusy: rozsądny
lekarz na izbie przyjęć, po wynikach stwierdził, że dziecko jest
prawdopodobnie zdrowe, ale dla pewności skierował nas na oddział
nefrologii, gdzie w ciągu jednego dnia powtórzono nam badania i
ponieważ były prawidłowe, wypuszczono nas do domu. Kolejne plusy
za profesjonalizm lekarza prowadzącego i pielęgniarek na oddziale
nefrologii, prawidłowe pobieranie moczu (nie z woreczka) przez panie
pielęgniarki, empatyczne podejście do pacjenta i rodziców.
Minusy: na
oddziale nefrologii było estetycznie dość niemiło, obdrapane
ściany, stare łóżka, brak miejsca do spania dla rodziców, jeden
pokój przeznaczony dla czterech małych pacjentów i czterech
opiekunów, jedna, paskudna łazienka na cały oddział.
Kolejne podejrzenie ZUM.
Elwira miała osiem i pół miesiąca. Wyniki moczu wyszły co prawda
na granicy, ale w normie, jednak ponieważ w krwi dziecka pojawiło
się białko CRP, podano córce antybiotyk i w związku z tym
spędziliśmy kolejne dziesięć dni w szpitalu.
Plusy: fachowa
opieka medyczna, dobra informacja, empatyczne podejście do pacjenta.
Dam plusa za trzyosobowe pokoje, chociaż dla niektórych to może
być minus. Ja byłam już wtedy wykończona szpitalami i
potrzebowałam wsparcia innych mam. Raźniej było mi w większym
gronie, z mamami, które miały ten sam problem medyczny co moje
dziecko. Na salach nie mieszają pacjentów z różnymi chorobami,
więc nie bałam się, że moje dziecko się czymś zarazi od innych.
Dodatkowy plus za wygodne leżanki do spania dla rodziców. Kolejny
plus za pozytywne podejście pani doktor prowadzącej do metody
rozszerzania diety dziecka, tzn. BLW.
Minusy: mocz u
dziecka pobierają na oddziale sami rodzice, panie pielęgniarki
pomagają tylko pierwszy raz przy przyjęciu dziecka, następnie
trzeba „walczyć” samemu, przyznam jednak, że gdy jedna z
mam na oddziale męczyła się z pobraniem kilka godzin, to panie
pielęgniarki wkroczyły znów do akcji i pomogły. Kolejny minus za
jedną łazienkę dla opiekunów na cały oddział.
Z perspektywy czasu nie
jestem do końca pewna czy te wszystkie pobyty w szpitalach były
mojej córeczce naprawdę konieczne. Byłam niedoświadczoną matką,
nie mam wykształcenia medycznego, postępowałam tylko wg. podanych
mi przez lekarzy zaleceń. A lekarze są różni. Przed ostatnim
antybiotykiem, który „miła” pani doktor z najbliższej
nam przychodni chciała zapodać Elwirce w związku z tzw. chorobą
bostońską, uratowała ją moja niewielka wiedza, że antybiotyków
nie podaje się przy wirusówkach. Umówiłam jednak córkę do
innego lekarza, żeby to potwierdzić, gdyż nie czuję się
kompetentna, żeby sama kierować leczeniem moich dzieci.
Ola, moja druga córka,
jest nieco szczęśliwsza pod tym względem, ale też moje
doświadczenie jako matki jest znacznie większe, jeśli chodzi o
niezbędne kontakty ze służbą zdrowia… Jak na razie córa ma 16
miesięcy i antybiotyków udało nam się uniknąć.
Kilka wizyt w szpitalach
musieliśmy jednak odbyć, ale na szczęście wszystkie były krótkie
i wszystkie pomyślnie się zakończyły.
Córka miała dwa
tygodnie i ze względu na badania USG przeprowadzone jeszcze w ciąży
i przebyte ZUM u pierwszego dziecka, mieliśmy wykonać kontrolne
badania ogólne moczu. Wyniki wyszły niejednoznaczne i lekarz
pierwszego kontaktu odesłał nas do szpitala. Na izbie przyjęć na podstawie wyników i skierowania przyjęto nas na oddział pediatryczny.
Plusy: na
szczęście już na oddziale pediatrycznym rozsądny lekarz nie przyjął
nas na oddział, tylko kazał powtórzyć badanie ogólne moczu,
wyniki dostaliśmy za godzinę i były prawidłowe.
Córka miała cztery
tygodnie i nie chciał jej odpaść pępek. W szpitalu pępek
podwiązano i wypuszczono nas zaraz do domu. Pępek odpadł sam na
drugi dzień.
Plusy: fachowa,
szybka i miła obsługa
Minusy: bardzo
dużo osób czekających na przyjęcie, mimo iż z małym dzieckiem
ma się pierwszeństwo i tak trochę trwało zanim ktoś mógł się
nami zająć.
Nasz trzeci raz w
szpitalu z Olą był wczoraj. Córce wbił się kleszcz i nie udało
nam się go wyjąć w domu pęsetą. Część aparatu gębowego
pajęczaka została niestety pod skórą. Pół dnia spędziłyśmy
najpierw oczekując w kolejce do lekarza pierwszego kontaktu, później
już ze skierowaniem do szpitala na Kopernika, mijały kolejne
godziny w rejestracji. Sam zabieg usuwania pozostałości kleszcza
był krótki i trwał może z pięć minut. Potrzebne jednak były
trzy panie pielęgniarki i ja, matka, do przytrzymania przerażonego
dziecka oraz jedna pani doktor z igłą.
Plusy: ogólnie
fachowa i sprawnie przeprowadzona pomoc lekarska i pielęgniarska
Minusy: długie
oczekiwanie, około 2 godzin, niepotrzebne wprowadzanie zamieszania
przez jedną z asystujących przy zabiegu pań.
Mam nadzieję, że
powyższy subiektywny przegląd kilku warszawskich szpitali dla
dzieci przyda się Wam w razie konieczności podjęcia decyzji co do
wyboru odpowiedniego szpitala dla dziecka, czego oczywiście nikomu
nie życzę. Oby nasze dzieci były zdrowe!
Jeśli byłyście ze swoimi pociechami w szpitalu i chcecie się podzielić swoimi spostrzeżeniami lub przekazać swoją opinię innym mamom, zachęcam do wpisu w komentarzach.

Follow my blog with Bloglovin

One Response

  1. homelikeilike.com
    | Odpowiedz

    O matko! Dziewczyno, ale przeszłaś!
    Jeśli chodzi o Twoją konkluzję, że nie wszystkie hospitalizacje były potrzebne, przyznam Ci rację!
    Dla mnie pobyt na "Litewskiej" to był koszmar! Dokładnie rok temu, ZUM. To, na co zwróciłaś uwagę na Madalińskiego, czyli dezinformacja, bardzo mi przeszkadzało. Przez pierwsze dni rozpaczliwie usiłowałam znaleźć w internecie (komórka) informacje na temat zdiagnozowanej choroby u mojej córeczki, bo nic nie rozumiałam z tego, co do mnie mówiono. Lekarka prowadząca bardzo miła, ale to za mało… Pobieranie moczu to było moje zadanie, nie wyobrażam sobie, jak dziecko mogłoby być w szpitalu bez rodzica!? Cała opieka (karmienie, przewijanie, odprowadzanie na zabiegi) to zadanie rodzica.
    Warunki na "Litewskiej" fatalne! Przepełnione sale 3-4 łóżka, czyli 3-4 dzieci + 3-4 rodziców + odwiedzający przez cały dzień – masakra! W efekcie codziennie w sali 3-osobowej nocowało 6 osób (w 4 osobowej – 8 osób). O leżankę do spania musiałam walczyć na granicy ludzkiej godności (jako matka karmiąca), potem musiałam kupić swoją (14 dni hospitalizacji).
    Brudno!!! Sprzątanie ograniczało się do codziennego przetarcia podłogi na mokro i wytarcia umywalek. 3 łazienki na cały oddział i 1 prysznic, z dostępem dla chorych, rodziców i odwiedzających. Koszmar!

Leave a Reply